niedziela, 24 listopada 2013

Chapter #02

- You held me down, but I got up*! - śpiewałam piosenkę Katy Perry sprzątając dom.
- And you gonna hear me roar**! - wydarłam się na cały dom. Czułam się silna. Radziłam sobie z uczuciem tęsknoty.
- Cause I am a champion!*** - czułam się zwycięzcą. Udało mi się przezwyciężyć to uczucie, a tekst tej piosenki jeszcze bardziej mi w tym pomagał. Kochałam to. W tamtym momencie byłam szczęśliwa jak nigdy. Byłam taka wolna. Przy Jake'u nie mogłabym pozwolić sobie na takie zachowanie. Być może trzymał mnie trochę na smyczy, ale nie przeszkadzało mi to tak bardzo.
Piosenka skończyła się a mój telefon zawibrował. Podbiegłam do stolika i spojrzałam na wyświetlacz. Napis "1 nowa wiadomość" widniał na moim wyświetlaczu.
" Treść wiadomości:

Ślicznie śpiewasz ;)

Louis x"

Przyłożyłam dłoń do ust i upuściłam telefon. On musiał mnie śledzić. Skąd wiedziałby, gdzie mieszkam? Rzuciłam się do okna, by je zasłonić i zignorowałam pukanie do drzwi. Przebiegłam całe mieszkanie by zatrzasnąć okna i gdy uznałam, że to wszystko, odetchnęłam z ulgą. Weszłam do salonu i krzyknęłam głośno, gdy zobaczyłam Louis'a stojącego w moim mieszkaniu. Chłopak powoli zaczął zbliżać się do mnie, a ja szłam tyłem, uciekając od niego. Pech chciał, że doszłam do ściany i nie miałam jak uciec, gdyż chłopak stał już zaledwie parę centymetrów ode mnie. Mój oddech przyspieszył, a oczy zaraz miały wpełnić się łzami.
- N-nie zabijaj mnie - szepnęłam błagalnie. Z jego gardła wydobył się niski, gruby śmiech.
- Nie chcę Cię skrzywdzić - uśmiechnął się i pocałował mnie w polik - Naprawdę ślicznie śpiewasz. Ładne mieszkanie - powiedział odchodząc ode mnie i dając mi większą przestrzeń. Odetchnęłam z ulgą wywołując u niego chichot.
- To strasznie zabawne, jak się mnie przestraszyłaś.
- Czemu mnie śledziłeś? - powiedziałam poważnie.
- Polubiłem Cię - uśmiechnął się, jakby był bardzo z siebie zadowolony.
- Nie chcę, żebyś mnie lubił. Wyjdź - pokazałam dłonią na drzwi.
- Dev, prosz...
- Wyjdź - powtórzyłam.
- No weź, Demi
Moje oczy otworzyły się szeroko. Skąd on wiedział, jakie było moje poprzednie imię. Tego nie wie nawet Jake! Przestraszyłam się go. On naprawdę był niebezpieczny.
- Wyjdź stąd teraz! - wydarłam się i drapnęłam go w polik, przez co zrobiłam na nim niewielkie zadrapanie. Chłopak syknął i odwrócił się do mnie plecami, kierując się do wyjścia. Zanim trzasnął drzwiami, powiedział
- Do zobaczenia, Devonne.

~*~

To, co chciałam zrobić, było głupie, ale nie mogłam cały dzień siedzieć w domu. Otworzyłam drzwi i wzdrygnęłam się lekko, kiedy zobaczyłam przed sobą Louis'a. Wyminęłam go szybko i zaczęłam iść przed siebie.
- Dev, przepraszam. Nie powinienem grzebać Ci w papier...
- Daj spokój, nie chcę tego słuchać - machnęłam ręką.
- Po prostu kiedy zobaczyłem Cię wczoraj na ulicy, dziękowałem Bogu, że wylałem na Ciebie ten koktajl.
- To jest jakiś żart? Przykro mi, nie śmieszny - powiedziałam nie przestawając iść dalej.
- Zauroczyłem się w Tobie.
Zatrzymałam się i odwróciłam w jego stronę. Chłopak podszedł do mnie i złapał moją dłoń, przykładając ją do swojego polika.
- Naprawdę.
Wyrwałam się z jego uchwytu.
- Skoro grzebałeś w moich papierach, powinieneś wiedzieć, że mam ustaloną datę ślubu - splunęłam.
- I Ty naprawdę się łudzisz, że do niego dojdzie - rzucił. Moje oczy momentalnie wypełniły się łzami. Jak mógł.
- Tak, tak właśnie myślę - mruknęłam i otarłam spływająca po mojej twarzy łzę.
- Przepraszam - wymamrotał.
- Daj mi Święty spokój, nie potrzebuję nowych znajomości - warknęłam i znowu ruszyłam w stronę miasta. Tym razem, chłopak nie poszedł za mną.

Tak strasznie byłam na niego zła. On zna moje poprzednie imię. Imię, którego tak się wypierałam. Mój ojciec mi je nadał, dlatego tak bardzo go nienawidziłam. On bił mnie i moją mamę, był cholernym alkoholikiem. Zniszczył całe moje dzieciństwo. Kiedy trzy lata temu stałam się pełnoletnia, zmieniłam je. To wtedy rozpoczęłam nowe życie, poznałam Jake'a, oświadczył mi się, przeprowadziliśmy się tu, do Ontario. Nie znalazłam jeszcze pracy, ustaliliśmy że poszukam jej zaraz po ślubie. Skoro nie miałam pracy, nie miałam tu żadnej przyjaciółki. Miałam tylko Jake'a. Teraz pojawił się Louis, ale nie byłam z tego bardzo zadowolona. Był atrakcyjny i przyprawiał mnie o motylki w brzuchu, ale tego właśnie w nim najbardziej nie lubiłam. Byłam tylko i wyłącznie Jake'a, nikogo innego. Tylko jego. Wiele razy mi to powtarzał i pokazywał. Właśnie dlatego nie chciałam mieć kontaktu z Lou. To było dla mnie niebezpieczne. Nie chciałam więcej "pokazów" mojego narzeczonego. Tak bardzo nie chciałam.

~*~


* "Gnębiłeś mnie, ale się podniosłam"
** "Możesz usłyszeć, jak krzyczę"
*** "Ponieważ jestem zwycięzcą"

piątek, 8 listopada 2013

Chapter #01

Dwa miesiące. Tyle będę musiała wytrzymać bez Jake'a. Czy dam radę? Nie mam pojęcia, to wszystko jest dla mnie bardzo trudne. Powinnam się cieszyć, że to tylko dwa durne miesiące, a nie dwa lata.
Związałam się z chłopakiem, którego ojciec był wojskowym. To nic złego. Oczywiście do momentu, aż spada na niego obowiązek pokazania z jakiej jest rodziny. Żył ze świadomościom, że kiedyś będzie musiał w końcu pojechać na wojnę, ale czy to musiało zdarzyć się akurat przed naszym ślubem? Niedawno Jake oświadczył mi się. To był jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Nie wiem jakim cudem taki cudowny facet jak on zakochał się we mnie, ale czułam, że to miłość na całe życie. Nie myśleliśmy jeszcze o rodzinie, chcieliśmy wziąć ślub i pocieszyć się trochę sobą, a potem dopiero zacząć rozmyślać. Ale teraz Jake jest na wojnie i nie mogę mieć pewności, że on w ogóle wróci. Nie, nie mogę tak myśleć! Tak bardzo za nim tęsknie, choć on dopiero wyjechał. Jestem silną, wytrwałą dziewczyną, ale tęsknota to uczucie, które mnie przerasta. Czy dam radę bez niego?

~*~

Chwyciłam torebkę i otworzyłam drzwi, po czym wyszłam z domu i prze-kluczyłam go. Postanowiłam, że nie mogę siedzieć całe dwa miesiące w jednym miejscu, więc czas wyjść z ukrycia.
Wyszłam na ulice miasta i przeglądałam wystawy sklepowe. Były bardzo ładne rzeczy, ale nie było niczego szczególnego, co by mnie tak strasznie zachwyciło. Szłam dalej i nadal błądziłam wzrokiem po różnych butach, torebkach, bluzkach, spodniach, sukienkach...
- Aa! - pisnęłam gdy poczułam zimny płyn na mojej klatce piersiowej.
- P-przepraszam - chłopak który stał przede mną zająknął się i zaczął nerwowo szukać czegoś w kieszeni spodni. W końcu wyciągnął z niej opakowanie chusteczek i wręczył mi je. Zaczęłam szybko wycierać koktajl, aby nie została zbyt duża plama, choć już widziałam, że to koniec życia mojej ulubionej bluzki. Jęknęłam zrezygnowana i podniosłam wzrok, by spojrzeć na osobę stojącą na przeciwko mnie. To był chłopak o pięknych, idealnie ułożonych włosach. Jego małe, zielone oczy iskrzyły się od światła słonecznego. Z jego malinowych ust wydobywały się słowa, które w tej chwili były dla mnie niezrozumiałe, gdyż, jakby to powiedzieć, ja po prostu...
- Obczajasz mnie? - zachichotał brunet.
"Strzał w dziesiątkę" - pomyślałam. Założyłam nerwowo kosmyk włosów za ucho i już chciałam wyminąć chłopaka, kiedy ten wyciągnął swoją dłoń ku mnie.
- Louis - uśmiechnął się lekko.
- Wybacz, ale muszę iść przebrać bluzkę - skrzywiłam się. Uśmiech od razu zniknął z jego twarzy.
- Wynagrodzę Ci to - powiedział - W tym sklepie mają naprawdę fajne rzeczy - wskazał na sklep po drugiej stronie jezdni.
- Nie trzeba, naprawdę. Do widzenia - już chciałam go wyminąć, gdy ten złapał mnie za ramię, tym samym zmuszając moje ciało do zatrzymania się.
- Proszę - szepnął swoim pięknym, melodyjnym głosem do mojego ucha, wywołując u mnie motylki w brzuchu.
"Dev, opanuj się. Twój chłopak jest na wojnie!" - krzyknęło moje sumienie sprawiając, że od razu się opamiętałam.
- Okej, możemy tak zrobić - powiedziałam poważnym tonem. Chłopak złapał mój nadgarstek, powodując kolejny odlot motyli w moim brzuchu i pociągnął mnie lekko do sklepu, w którym miałam wybrać sobie nową bluzkę. Weszłam powoli do pomieszczenia i zaczęłam rozglądać się po nim. Louis usiadł na kanapie przy wejściu i obserwował każdy mój ruch. Czułam się strasznie nieswojo. Chodziłam znudzona po sklepie, nie widząc niczego, co mogłoby zastąpić mój ulubiony t-shirt, aż w końcu udało mi się dostrzec to, co wywołało u mnie lekki pisk. Dokładnie taka sama bluzka.
- Louis! - krzyknęłam cieniutko. Chłopak od razu zerwał się na równe nogi i podszedł do mnie.
- Tak? - powiedział ochrypłym głosem.
- Ta! - pokazałam palcem na bluzkę która wisiała na wieszaku. Brunet zaśmiał się nisko.
- Więc, bierzemy - uśmiechnął się. Już podchodziłam do bluzki i miałam ją na wyciągnięcie ręki, gdy jakaś inna dłoń zabrała mi ją sprzed nosa.
- Hej! - mruknęłam gdy zauważyłam, że to była ostatnia sztuka.
- Ups - blondynka wydęła wargę, próbując zrobić smutną minę i pomachała t-shirtem przed moją twarzą.
- Pech - westchnęła sztucznie. Nie czekając dłużej, zawołałam Lou.
- Co się dzieję? - powiedział pochmurnie, patrząc na blondynkę, która od razu przybrała swój wyraz twarzy na "uwodzicielski"
"Boże, co za zwariowany dzień" pomyślałam.
- Louis - mruknęła dziewczyna i objęła chłopaka ramieniem - Kupisz mi bluzeczkę? - przybrała słodki wyraz twarzy, wywołując u mnie odruch wymiotny. Jak ja nienawidzę takich gołych, wypchanych laleczek.
- Oddaj ją - burnet wyciągnął ku niej rękę. Dziewczyna była najwyraźniej zdziwiona.
- Czemu? Ja...
- Oddaj - warknął chłopak i wyrwał jej bluzkę z ręki.
- To nie koniec, Lou. Jeszcze do mnie wrócisz, zobaczysz - machnęła ręką przed jego twarzą i wyszła ze sklepu. On po prostu podszedł do kasy i zapłacił za rzecz, po czym zwrócił się do mnie.
- Ubierz.
Ruszyłam w stronę przebieralni, a moje serce zaczęło bić szybciej, gdy słyszałam jego kroki tuż za mną. Wskoczyłam do najbliższej kabiny i prze-kluczyłam ją szybko. Gdy uspokoiłam oddech, ściągnęłam mój poplamiony t-shirt i założyłam nowy. Przejrzałam się w lustrze, a moje kąciki ust automatycznie poszły w górę. Ślicznie.
Wyszłam z przebieralni i powiedziałam nieme "dziękuję" w stronę chłopaka, po czym jak najszybciej zaczęłam kierować do wyjścia ze sklepu z nadzieją, że już nigdy nie spotkam tego człowieka. Po tym incydencie z blondynką, nie wydawał mi się do końca bezpieczny.
- Hej - złapał mnie za dłoń, gdy byłam już przy samych drzwiach.
- T-tak? - zająknęłam się. 
- Czy powiesz mi kiedyś, jak masz na imię?
- Devonne - mruknęłam i wyszłam z pomieszczenia, kierując się w stronę domu, z którego najprawdopodobniej już dzisiaj nie wyjdę.

~*~

Aloha!
Witam Was w pierwszym rozdziale!
Jak wrażenia?
Liczę na szczere komentarze i do zobaczenia w następnych rozdziałach:)
@keczupik

niedziela, 3 listopada 2013

#00 Wstęp

- Czy... Czy to konieczne? - spojrzałam w smutne, wypełnione łzami oczy Jake'a. Broń przewieszoną miał przez ramię, a na jego ciele spoczywał ciężki, wojskowy strój moro.
- Niestety - szepnął. Westchnęłam i spojrzałam w dół, próbując ukryć łzy, które znowu spływały po mojej twarzy.
- Hej - blondyn chwycił mój podbródek i spojrzał mi w oczy - Nie płacz kochanie. Niedługo wrócę.
- A-a co jeśli... - zająknęłam się i wybuchnęłam płaczem.
- Csii, nie możesz tak myśleć - przytulił mnie i pogłaskał po plecach - Wrócę i pobierzemy się tak, jak chcieliśmy, pamiętasz?
- Oczywiście że pamiętam.
- Więc obiecaj mi, że do mojego powrotu, sporządzisz listę gości na wesele - zagruchał wywołując u mnie lekki chichot.
- Czas na mnie - jego ton głosu od razu stał się poważny.
- Nie - wtuliłam się w niego i nie miałam zamiaru puścić.
- Dev, muszę - westchnął. Odsunęłam się od niego i otarłam łzę, która spływała po moim poliku.
- Do zobaczenia, Jake - wydusiłam.
- Do zobaczenia, Devonne - uśmiechnął się lekko i wyszedł z domu, trzaskając drzwiami.

~*~

Cześć! Jestem @keczupik i będę prowadziła tego bloga:)
Wydaję mi się że moja historia jest dosyć oryginalna i będziecie czytać ją z ciekawością (przynajmniej taką mam nadzieję)
Jak widzicie wygląd bloga na razie nie jest za ciekawy, ale niedługo to się zmieni:)
Jeśli ktoś chce być informowany o rozdziałach, piszcie w komentarzu.
Love ya! x